Wlasnie wracam z serva DOD. Tak sie zlozylo ze dla odmiany musialem wejsc do Axis.
Na Rhine Bridge (ostatnia plansza) nasi fieldzi (2) zamiast masakrowac artami tuz u wylotu tunelu walili ekhm...roznie. W kazdym razie alianci dosc latwo przedostawali sie dalej. To rowniez spowodowalo ze w sumie co 2 minuty dochodzilo do potyczek na przedpolu drzwi bunkra.
Ja i drugi eng mielismy roboty po uszy - dosłownie. Miny wciaz na nowo zakladac , znowu wysadzac most itd. I wiecie co ?
To byla niesamowita zabawa. Sam rozbrajalem dynamit 6 razy. Nastawialem z 70 min. 2 razy niszczylem most (2gi eng glownie tym sie zajmowal). Dwoilismy sie i troilismy. Alianci biegali w zorganizowanych grupach. Nasi fieldzi natomiast (moj boze) rzucali defensywnie naloty kolo ciezarowki. Ale i tak sie obronilismy - ale w sumie allies mieli z 20 akcji , z czego conajmniej 8 naprawde moglo zakonczyc rozgrywke. A to wszystko dzieki temu ze nasze lojty nie robily masakry. Co napewno wkurzylo by niejednego a mnie sie podobalo.

Natomiast gdybysmy mieli 3 fieldow ekstremalnych to ja mialbym jakos z 5 razy mniej do roboty..
Dlatego stwierdzenie "zwyciestwo za wszelka cene" nie ma sensu gdy cena jest przyjemnosc z gry.
A celem tej dyskusji (mam nadzieje) jest otworzenie oczu na mozliwosc innej gry niz przez lornetke. Albo np widzac ze jeden field juz jest to nie bierzcie wiecej - tylko za karabin i do walki.